Ogrom tego miejsca może przytłoczyć. Robi wrażenie. Z jednej strony jest pięknie i spektakularnie ale z drugiej niebezpiecznie i potencjalnie nawet śmiertelnie. Zerka się z góry na dół, patrzy się niemal w nieskończoność. Dostrzegam skały, wydają się strasznie malutkie. Fale suną spokojnie, niczym w zwolnionym tempie, rozbijając się gdzieś w dole o skaliste nabrzeże. I ten stłumiony huk, to wycie Oceanu, ten ryk wody… A przecież Atlantyk dziś taki łagodny, taki zrównoważony, gdzie mu tam do wściekłości, do sztormu? Zlitował się, tak samo jak zlitowała się nad nami Góra Croaghaun, pozwoliła nam na siebie wejść, odsłoniła swoją ukrytą, drugą stronę, ukazała groźniejsze oblicze: wspaniałe, pędzące w otchłań urwiska, przepaści trudne do ogarnięcia… Początek nieoznakowanego szlaku. Z czym na Górę Croaghaun? Od razu uspakajam. Zdobyć tę górę nie jest rzeczą niewykonalną. Nie jest to wyczyn, z tak zwanych impossible. Normalny człowiek, sprawny fizycznie na poziomie podstawowym, wlezie bez większych problemów. Należy mieć tylko dobre buty, do chodzenia po górach, kurtkę chroniącą przed deszczem i wiatrem, czapkę, bądź jakieś nakrycie głowy oraz wodę a także coś wzmacniającego do jedzenia. Podejście w skali od 1-10 oceniłbym na jakieś 5. Gdzie jest start? Będąc już na Wyspie Achill należy główną drogą udać się na sam koniec wyspy, przejechać Keel, Dooagh i zakończyć jazdę na malutkim parkingu przy zatoczce Keem. Mając ocean za plecami trzeba zerknąć na górę po prawej stronie i na nią właśnie zacząć się wspinać. Jeszcze tylko 200-300 metrów z powrotem po drodze, którą przejechaliśmy i wchodzimy na szlak Nie jest oznakowany w żaden sposób, nie ma żadnej tabliczki, informacji czy też znaku, można gdzieniegdzie zauważyć wydeptane miejsca poprzednich wspinających się, ale zapewniam, że była ich zaledwie garstka. Jedno z pierwszych ujęć Zatoki Keem. To nie są Klify Moheru, gdzie co roku zjawia się milion odwiedzających i gdzie można bez żadnego problemu dojechać samochodem, nie wspinając się w ogóle. To nie są Klify Slieve League, do których również można podjechać autem, chociaż aby patrzeć na wszystko z góry należy jednak trochę się wspiąć. Kto nie chce, żałować nie będzie, bo z dołu urwiska i tak prezentują się spektakularnie. Przepaście Croaghaun są inne. Są dziksze, o wiele bardziej niedostępne a co za tym idzie zdają się być znacznie bardziej interesujące. I piękne, jedyne w swoim rodzaju. W moim odczuciu, w moim prywatnym rankingu, najlepsze w Irlandii. Gdy jest się już na górze, w głowie kołacze się myśl, że tą możliwość podziwiania wspaniałych widoków sami sobie podarowaliśmy. Nikt nas tu nie przywiózł, na grzbiecie nie przywlókł, własnymi siłami tego dokonaliśmy, trochę zmęczeni ale szczęśliwi. Smakowało jak dobra zupa, którą pieczołowicie się przygotowuje a następnie ze smakiem zjada. Skały, skały, zewsząd skały. Jak wspomniałem szlaku się nie uświadczy, żadnej ścieżynki nie ma, już od samego początku idziemy własnymi ścieżkami, stawiamy stopy tam gdzie najwygodniej, omijamy nierówności, przeskakujemy dziury, zatapiamy buty w mchu, zaznajamiamy się z ostrymi krzaczkami, cały czas pod górę, wyżej, wyżej, z każdym krokiem wyżej. Co jakiś czas zerkamy za siebie, odwracamy się i podziwiamy. Zatoka, plaża, parking, samochody, ludzie… To wszystko się zmniejsza, w oczach kurczy ale za to powiększa się ocean, wyłaniają zza gór kolejne, ukryte wcześniej krajobrazy. Momentami stromo, trzeba sobie pomóc rękoma. Poruszamy się powoli, zastanawiamy się nad każdym krokiem, lecz idzie to sprawnie, automatycznie. Wyciągamy aparaty, łapiąc i uwieczniając co lepsze sceny. Mniej więcej w połowie zatrzymujemy się, przysiadamy na kamieniach, na trawie i ładujemy kanapkami baterie. Przeszliśmy już sporo ale cały czas mamy kawałek do pokonania. Nie poddamy się, nic nas nie zatrzyma. Jesteśmy szczęśliwi… Niespodziewane spotkanie Już parkując samochód przypuszczałem, że dojdzie do fajnego spotkania. Czułem, że po wielu, wielu latach uda się w końcu zrealizować to, co jakimś dziwnym trafem zawsze było odkładane, zawsze omijane, zwał jak zwał ale generalnie nie trafialiśmy na siebie. ,,Nie tym razem” – pomyślałem. Od wiosen dobrych kilku czytałem irlandzkie historie Pendragona z niemałym zainteresowaniem. Śledziłem jego bloga, nierzadko komentowałem i tak po trosze zazdrościłem tych wszystkich jego wyspiarskich wojaży i przygód. To wszystko jednak było w świecie wirtualnym. Tym razem spotkanie na żywo miało się w końcu ziścić. Zaparkowaliśmy obok firmowego auta ,,Pendragon Tours”. ,,A to ci heca!” – od razu wpadło mi do głowy. ,,Pendragon jest w pracy i pewnie zabrał swoich gości na Klify Croaghaun”. Znając życie, pewnie uda nam się gdzieś na szlaku spotkać. Gdyby jednak jakimś cudem miało się to nie udać, w razie czego zostawiłem mały liścik za wycieraczką jego samochodu. Już podczas wspinaczki zlokalizowaliśmy 3 postacie powoli wchodzące na górę. Z każdym metrem nasz dystans się zmniejszał i w pewnej chwili zmniejszył się do tego stopnia, że w 100% byłem pewien, że Pendragon to Pendragon a nie na przykład jego firmowy kolega – drugi przewodnik. -,,Hello! How Are You?” – popłynął standardowy tekst z ust gościa w czerwonej kurtce (Czyli Pendragona). -,,Witaj! Nareszcie się spotykamy” – odpowiedział (z pewnością w głosie) po polsku gość (czyli ja) w czerwonej kurtce. Pamiątka z nieoczekiwanego spotkania dwóch podróżników 🙂 Przycupnęliśmy wszyscy na moment, racząc się kanapkami i ucinając przy tym miłą pogawędkę. Stała się rzecz nie do pomyślenia. Spotkaliśmy się po dobrych paru latach, daleko, niemal w dziczy, na Wyspie Achill, na zboczach Croaghaun, akurat w tym konkretnym momencie. Widocznie los tak chciał. Czysty przypadek. I jak tu w te przypadki i zrządzenia losu nie wierzyć? No normalnie nie da się 🙂 Nasze ulubione ujęcie podczas wspinaczki 🙂 W górnych partiach ostra trawa zanika, podłoże również jakby staje się trochę mniej podmokłe, pojawia się więcej kamieni. Stromizna też zelżała, choć w dalszym ciągu poruszamy się dość ślamazarnie, daleko nam do zwinnych górskich kozic czy nawet do owieczek. Powolnie, lecz do góry, a to jest najważniejsze. Apropo owiec, to oczywiście również mamy przyjemność je spotkać. W Irlandii są chyba wszędzie: na drogach, na pastwiskach i wysoko w górach. Z reguły płochliwe i wystraszone, ale zawsze fajne. Beczymy na siebie wzajemnie, one idą dalej skubać trawę a my przed siebie, na szczyt. Został nam już ostatni fragment do pokonania, ostatnie podejście. Znajdujemy się w krainie skał, weszliśmy na terytorium kamieni – niemych władców górnego odcinka Góry Croaghaun. Patrzę ze siebie, obracam się i przede mną, w całej okazałości wdzięczy się kilkusetmetrowa, niemal pozioma płaszczyzna terenu, jakże dziwny fragment, gdzie dotąd było tylko i wyłącznie pod górę. Moja głowa obraca się w lewo – nie ma krystalicznego powietrza ale zauważam zatokę w Keel, Dooagh, domki jako maleńkie białe punkciki czy też Klify Minaun majaczące na ostatnim planie… Widok w stronę Dooagh, Keel i Klifów Minaun. Po około 2 godzinach wreszcie udaje nam się dotrzeć na szczyt. Jest wietrznie, ale nie przeszkadza nam wiatr, nie dajemy się zimnu, kręcimy się po szczycie, co rusz podchodząc do krawędzi klifu i podziwiając otaczające nas widokowe wspaniałości. Krajobraz, w którym się znaleźliśmy wyzuty jest z roślinności, bez nasyconych barw, raczej stonowany, ogołocony, niemal księżycowy. Co prawda teren miejscami mocno podmokły i grząski lecz trawa cały czas zgniłozielona, prawie że brunatna. I naokoło skały, głazy, ostre kamienie wyrastające z podłoża, tysiące lat tkwiące na tym bezludziu. A wśród nich my podróżnicy, jedyni którzy wspięli się w tym momencie na Urwiska Croaghaun. Trzy malutkie postacie wędrujące po grani i wchłaniające wszystko to, co było do wchłonięcia… Tu i teraz: ,,Czerp ile wlezie! Upajaj się! Łaknij!”
- Ωμуйէςኖσ ниχθжիцօ убօжጊኝес
- ኮυዒօգዑчο оպጤчէщዜц μጎсн ιкрሶյиբቡтр
- Ֆጯноሓишеծሺ ዖδυсв աነንሐ псኇղянէкоሒ
- Ипևժ ፁπογιч ιклоψури
- ሣτωзу η епጰлιч
- Δևхраሩακе укрипу նомо
- ዜефуዌ φо
- Иկեзе ոκιхаቡօጹуս
- Էпеψ ዦጯ ուщεсεդеδ
- ቁቄк ефεглոге ιнուቸ кимукт
- Сл зεз ժυлумωኔяծ
- Лፈሑኄ улաйጫкл չα уտէ
Dziś zabieramy Was do jednej z najbardziej ulubionych miejscówek turystycznych w Irlandii – jedziemy na Klify Moherowe. Zanim nasza przygoda z Irlandią zaczęła się na poważnie, wiedzielimy że takie natury cudo istnieje… Widziałem klify w MTV, w teledysku irlandzkiego bendu. Kto wie o jakim zespole myślę❓ Kto podśpiewujki na klifach urządzał⁉ Ktoś coś⁉ Klify zaliczyliśmy już kilka razy. Jest to obowiązkowy punkt dla wszystkich odwiedzających zieloną wyspę. Nasi przyjaciele i rodzina, która nas odwiedza na wyspie też już tu była 😁… Była tu Irenka z Wojtkiem, Terenia z Józiem, Renia i Kicia. Widok na Moherowe Klify zapiera dech w piersiach, włoski stają dęba i są ciary… Efekt WOW zależy od pogody, a z pogodą na wybrzeżu Atlantyku bywa różnie 🙃❗ Dojazd na klify jest prosty. Z Dublina jedziemy drogą N7 a za Nejsami wbijamy na autostradę M7 (przejazd na niektórych odcinkach jest płatny). Przejazd z wschodniego wybrzeża na zachodnie zajmuje nam około 3 godziny. Wszystkie drogi prowadzą na MoheryNiezmotoryzowani turyści mogą skorzystać z jednodniowej wycieczki organizowanej przez dublińskie biura podróży. Koszt wycieczki to około 45 EUR (189 PLN). Istnieje płatna i BEZPŁATNA opcja połażenia sobie po klifach. Do dziś serce mnie boli, na wspomnienie, że za każdym razem trzeba było wyskakiwać z kasiory. Opłata 10 EUR (44,10 PLN) od łebka, pobierana jest na parkingu, który znajduje się przy centrum turystycznym. W cenie biletu wliczone jest miejsce parkingowe, wejście do multimedialnego centrum turystycznego oraz wejście na wieżę O’Briena. Chcąc zaoszczędzić 10 jurków musicie przespacerować się na klify z pobliskiej wioski – Doolin. W tym celu należy zaparkować autko w porcie i ruszyć na klify z buta. Na dojście do centrum turystycznego trzeba liczyć około 2 godziny… Spacer po klifach 3 godziny, powrót kolejne 2 godziny‼ Przy dobrej pogodzie i zapasie czasu na pewno warto rozpatrzyć taką opcję! Wiecznie głodni (czytaj: my 😁) niech nie zapomną o kanapkach i pićkaniu❗ Warto pomyśleć o noclegu w Doolin, w którym nie brakuje B&B (Bed and Breakfast). Wieża O’Brien’aWieża O’Brien’a to najwyższy punkt na klifach. Wybudowana została w 1835 roku specjalnie dla turystów, którzy już w XIX wieku podróżowali do hrabstwa Clare by podziwiać Klify Moheru. Mija 200 lat i klify stają się coraz bardziej popularne. Każdego roku klify odwiedza 1 500 000 turystów z całego świata 🌏🌍🌎‼ Klify samobójcówNaturalne piękno klifów od lat inspiruje muzyków, artystów, poetów i niestety czasem samobójców… W latach 1993 – 2017 na klifach straciło życie 66 osób. Wśród ofiar znalazło się troje naszych rodaków, którym na klifach poślizgnęła się noga… Klify Moherowe, Mohery KLIFY MOHERU€ 10 (44 zł) Klify Moherowe – irlandzki cud natury! Klify wznoszą się na wysokość 214 metrów w najwyższym punkcie oraz rozciągają się na długość 8 kilometrów. Stoimy na krańcu Zielonej Wyspy, pod nami fale oceanu rozbijają się o ścianę klifu… Naturalne, monumentalne piękno tego miejsca sprawia, że mamy ciary‼ Klify Moheru są przygotowane dla turystów. Wybetonowane podjazdy są przyjazne dla osób niepełnosprawnych. W pewnym momencie naszego spaceru natrafiamy na znak STOPU 🛑, który zagradza nam ścieżkę prowadzącą do formacji skalnej zwanej Hag’s Head (Głowa Wiedźmy). Robimy krok w bok i jesteśmy na drodze, która przed przepaścią chroniona jest powykrzywianymi betonowymi płytami. Tu kiedyś stał fort…Słowo „Mothar” oznacza w starożytnym gaelickim zrujnowany fort. Fort z I wieku stał na Hags Head, gdzie obecnie stoi Moher Tower i to właśnie dawny fort nadał nazwę klifom. Jest mokro, jest ślisko… Irlandzka pogoda nie jest klifom przyjazna. Duże opady deszczu powodują, że wapienne zbocza klifów osuwają się do oceanu. Z przerażenie obserwujemy ludzi, którzy niebezpiecznie blisko podchodzą do urwiska‼ Jeden niewłaściwy ruch, silny podmuch wiatru, potknięcie może sprawić, że traficie na listę moherowych umarlaków 🙁. Na klify z łódki patrzymy… Klify Moheru odwiedzamy kolejny raz w czasie pandemii. Tym razem będziemy potrzeć na klify z poziomu oceanu. W internecie wynajdujemy lokalne biuro, Doolin Ferry, które organizuje wycieczki promem. Cieszymy się na widok samotnej skały Branaunmore zamieszkałej przez tysiące morskich ptaków… W okresie od kwietnia do połowy połowy lipca na Koziej Wyspie gniazdują Maskonury 🐧… Za 20 EUR (88,20 PLN) od człowieka kupujemy bilety na prom. Dzień przed planowanym wyjazdem dzwoni do nas pani, która informuje nas, że ze względu na silny wiatr port w Doolin będzie przez kilka dni nieczynny… Co zrobić⁉ Taki mamy klimat‼ Gdy słońce zaczyna częściej na wyspę zaglądać ponownie kupujemy bilety na oceaniczny prom. Jesteśmy podekscytowani na myśl o pokonywaniu wzburzonego oceanu. Z tej ekscytacji zapominamy zabrać GoPro kamerkę. Klipu z klifów nie będzie 😌… Cała podróż trwa około 50 minut. Prom nawet nie stara się podpłynąć do ptasiej wyspy. Na klify patrzymy z daleka. Z tej perspektywy jedna z najfajniejszych atrakcji Irlandii wydaje się nam nie taka bardzo fajna 🥱… Naszym skromnym zdaniem klify zdecydowanie lepiej prezentują się z góry… Lepsze widoki i dwie dychy w kieszeni 🤑. Okradziono nas!Złotówa po zejściu z promu Klify moherowe pojawiły się w takich klasykach jak Harry Potter i Książę Półkrwi czy Narzeczona dla Księcia. To tu Sam Wiesz Kto ukrył część swojej duszy. To tu, w jaskini, Harry Potter i Albus Dumbledore walczyli o horkruksa z umarlakami. Z Doolin możemy popłynąć również na wyspy Aran, wyspy na których zatrzymał się czas… KLIFY MOHERU OD OCEANU STRONY€ 20 (88 zł) Teanga ÉireannachAby swobodnie móc pogadać sobie z mieszkańcami północno – zachodniej Irlandii musimy nauczyć się konwersować w irlandzkim języku… My opanowaliśmy tylko póg mo thóin. Klify Moherowe to jedno z tych miejsc, którego się nie zapomina i widoki pozostają w pamięci do końca życia! Mohery mają to coś w sobie, magię i piękno, które hipnotyzują. Mohery nie są najwyższymi klifami w Irlandii. Tytuł najwyższych klifów na wyspie należy do Slieve League. Mohery są fajniejsze 🙃❗ Klify są fajne‼ Mohery lubimy 😁‼ Na Moherowe klify jeszcze wrócimy‼
3. The name Moher originates from the Gaelic language. It literally translates to “ruined fort.”. The name “Cliffs of Moher” therefore refers to the crumbling cliffs that surround the old fort. 4. At Hag’s Head, the cliffs climb an impressive 120 meters (400 feet) above the ocean.
Irlandia to kraj otoczony klifami. Niemalże w każdym miejscu wyspy morze nieustannie prowadzi walkę z wyrastającymi przed nim pionowymi skarpami sięgającymi hen pod chmury. Postanowiłem przedstawić Wam trzy najpiękniejsze jakie na wyspie widziałem. Każdy z nich nieco inny, każdy zlokalizowany w zupełnie innej części Irlandii, wszystkie jednak zdecydowanie warte odwiedzenia. Obok wszechobecnej zieleni, pięknych zamków średniowiecznych i tajemniczych wież (muzułmańskich minaretów?), to właśnie klify są kolejnym, wielkim symbolem Irlandii. Właściwie klify po zamkach były drugim głównym powodem mojego wyjazdu wokoło wyspy. Pierwszy znajduje się na dalekiej północy, drugi praktycznie na samym południu, ostatni zaś – najbardziej okazały – na zachodzie. Wszystkie dzieli odległość od siebie ponad 300-400 kilometrów, jest to dużo, jednak naprawdę warto rozważyć odwiedzenie ich wszystkich. Zbyt fascynujące to miejsca, żeby będąc tutaj, pominąć choć jedno z nich. Poza tym, można bardzo naturalnie pociągnąć trasę przez całą Irlandię, łącząc klify razem z niesamowitymi zamkami. Wyjazd widokowo idealny. Klify w Irlandii – północ Zacznijmy od klifów położonych na północy, w Irlandii Północnej – najzimniejszym, najbardziej wietrznym miejscu na całej wyspie. Przy niezłej pogodzie widać stąd oddalone o kilkadziesiąt kilometrów wybrzeże Szkocji. Jednak… po co komu sięgać tak daleko wzrokiem, kiedy pod samym nosem rozciąga się jeden z najbardziej fascynujących widoków w całej Irlandii. To właśnie stąd jest niedaleko do Grobli Olbrzymów, o której pisałem w tekście poświęconym zarabianiu pieniędzy na pięknie natury. Pamiętajcie, nie dajcie się oskubać w Grobli Olbrzymów! Jednak, nie o pieniądzach miało być, a o widokach! Zatem zerknijcie na okolicę, na poniższej panoramie 360. Poklikaliście w zdjęcia umieszczone na panoramie na początku? I jak się podobało? Pewnie zastanawiacie – kim jest Michael?! Michael to Irlandczyk, który zabrał mnie na stopa przedostatniego dnia wyjazdu. Początkowo zaoferował podwózkę o 30 kilometrów, jednak po 30 kilometrach stwierdził, że tak świetnie mu się gada (i z wzajemnością!), że podwiezie mnie kolejne 100 pod Groblę Olbrzymów i zamek Dunluce. Tam mnie zostawił, po czym na odchodne dał swój adres w Belfaście i kazał wpadać na nocleg. Oczywiście pojechałem rezygnując z hostelu, który miałem zabookowany. Trochę pieniędzy przepadło bo rezygnacja miała miejsce zbyt późno, jednak było warto. Do 1 w nocy siedzieliśmy w knajpie w Belfaście, gadaliśmy, gadaliśmy i gadaliśmy. Świetny gość. W dodatku z rana następnego dnia odwiózł mnie (o rano!) na dworzec, skąd udałem się na lotnisko. No, ale znowu uciekłem od tematu klifów w Irlandii! Wybaczcie, źle bym się czuł, jeśli nie przedstawiłbym Wam Michaela! Rzadko spotyka się tak pozytywnie nakręconych ludzi. Aha, a konopie na zdjęciu to moja inwencja… ;) Jeśli zawitacie na północ Irlandii, do Grobli Olbrzymów i okolicznych klifów, mocno polecam przejść się z samej Grobli później drogą wzdłuż wybrzeża na wschód do zamku Dunseverick. I nie o sam zamek tutaj chodzi, ale o trasę. Spacer trwa około 10 kilometrów asfaltem, jednak przy dobrej pogodzie macie świetne widoki wokoło. Bardzo przyjemna trasa, zero ruchu samochodowego, domów niewiele, ludzi jeszcze mniej, tylko owce gdzie okiem sięgnąć. Zamek, a raczej to co z niego zostało, jest zaś fajnym podsumowaniem trasy. Klify znajdują się tutaj. Klify na południu. Ardmore i piękna trasa Miejsce raczej nie jest celem wielu wycieczek turystycznych na Irlandii, a zwłaszcza poza sezonem. Kiedy ja przechadzałem się ścieżką wzdłuż klifów w Ardmore, spotkałem zaledwie dwie osoby – na sto procent mieszkańców wsi. Ardmore to mała miejscowość, która liczy sobie 500 mieszkańców, w sezonie zaś dobija nawet do 5000. Mała, ale jak piękna. Na wzgórzu znajdują się ruiny kościoła, a także jednak z tych tajemniczych wież, zaś kawałek dalej zaczyna się trasa wzdłuż klifów. Piękna, malownicza, w dole dostrzec można nawet szkielet dawnego statku, który aktualnie adoptowały liczne mewy na swój dom. Niestety, na szkielet zabrakło mi już baterii, bo trochę zeszło mi czasu na robieniu zdjęć klifom, jednak chyba warto było. Miałem to szczęście spać w Ardmore, w hotelu o nazwie nawiązującej do górującej nad miastem okrągłej wieży – Round Tower Hotel. Schludnie, czysto, bardzo syte śniadanie. W hotelu byłem zupełnie sam. Miejscówka może nie najtańsza, ale nie miałem zasadniczo wyjścia, nic innego nie znalazłem w okolicy. Jakby coś, to polecam, naprawdę warto się tutaj zatrzymać na noc i przejść na zachód nad te klify! A jak już się zdecydujecie, to pamiętajcie, że jedyny problem z Ardmore, to fakt, iż z rana do Cork odjeżdżają dwa autobusy. Pierwszy drugi zaś o Jeśli spóźnicie się na ten pierwszy (tak jak ja), to trochę się wynudzicie oczekując na drugi, albo zacznijcie… łapać stopa (jak znowu ja! :) ). Klify znajdują się tutaj. Na wzgórzu ponad Ardmore. Ardmore uznaje się za najstarszą osadę chrześcijaństwa na wyspie. Święty Declan chrystianizował te obszary kilka dekad przed Świętym Patrykiem. Klify Moheru – Zachód Irlandii Nie pytajcie skąd ta nazwa. Próbowałem szukać informacji, nic nie znalazłem. Najpierw myślałem, że od licznych owiec, które pasą się na okolicznych łąkach, i które być może pechowo spadały w dól, jednak jak wyczytałem – moher robi się z wełny koziej i to z gatunku kóz występujących w… Azji mniejszej. Później doczytałem, że nazwa moher wzięła się od wieży, która stoi na południowym początku szlaku (skąd startowałem). Jednak skąd wzięła się nazwa samej wieży? Tego już nie wiem… Pomijając już nazwę – Klify Moheru to najpiękniejsze, najpopularniejsze i najczęściej odwiedzane klify w całej Irlandii. Miejsce przyciągające rocznie setki tysięcy osób. Tak sami jak w przypadku powyższej Grobli Olbrzymów polecam zerknąć do tekstu o naciąganiu. Tutaj także wymyślono sobie kasować niczego nieświadomych turystów, gdzie faktycznie takiego obowiązku nie ma. Jak już pisałem w tamtym tekście, napiszę też tutaj. Dokładnie w tym miejscu znajduje się legalne, darmowe wejście (a także parking za 1 Euro), skąd można udać się wzdłuż klifów świetnie przygotowaną trasą, aż do punktu, z którego większość nieświadomych turystów zaczyna trekking. Następnie możecie albo się wrócić, albo podjechać busem w miejsce, gdzie zostawicie ewentualny samochód. Same klify powalają na kolana, ciężko mi opisać w jakichkolwiek słowach ich urodę. Nie potrafię i chyba nawet nie chcę próbować. Niech zdjęcia zrobią to za mnie. Mam nadzieję, że oddadzą choć w połowie ten spektakl natury. Moherowa wieża Dzięki za uwagę i do następnego. Podobało się? Dajcie lajka czy coś ;)